She's not coming back.

To mnie niszczy. Ja siebie niszczę. Kłócę się z byle powodu, kaleczę się, mam wszystko gdzieś. Łatwo poddaję się złości i nienawiści, co kiedyś mi z trudem przychodziło. Nie poznaję siebie. Śmieję się z dobrych ludzi, jestem egoistyczna. Myślę tylko o swoich potrzebach i korzyściach. Niby tak jest dobrze, niby tak jest dla człowieka najlepiej. Ranię słabszą siebie i swoich bliskich (których już zabrakło...). Niszczę wszystko. Wszystko co mnie tu trzyma. A co jest najgorsze? W pewnym sensie nie przejmuję się. Nawet mi się to podoba, oglądanie własnego upadku. Ale to właśnie o to chodzi, prawda? Przyjęłam to do siebie. Oddaję się, nie protestuję. Nawet daję mu znać, że tu jestem. Boję się... Ale tak dobrze się czuję. W końcu żyję, w końcu mogę czymś być. Marionetką... ale zawsze czymś. Na coś się przydaję. Ktoś przy mnie jest i mi pomaga... Wiem, że to mnie wiele kosztuje, ale ludzie mnie już tak zawiedli... że nie mam nadziei. Zastanawia mnie od kiedy się taka stałam. Może zawsze tak było..?

 Lucy forever.